Burza na Babiej Górze

Burza na Babiej GórzeNa jednym z portali społecznościowych jakoś w styczniu pojawiła się taka całkiem sympatyczna akcja o tym, że  chociaż raz w 2017 wejdę na Babią Górę, czyli moim zdaniem całkiem fajna motywacja żeby tam wejść. Byłam na niej na już kilkukrotnie, ale jakoś tak  lubię ten szczyt, że chętnie na niego wracam.  W końcu jakby nie było, to najwyższy szczyt w Beskidzie Żywieckim, 1725 m n.p.m, zaliczany jest do Korony Beskidów Polskich oraz do Korony Gór Polski.

I na dodatek to królowa niepogody o czym się dowiedziałam spotykając śnieg na niej pod koniec maja.  Niby prognozy mamy sprawdzone, ale  Babia i tak pokazała nam swoją zmienność i kapryśność.

Podobno  jeansy to nie są to  dobre spodnie w góry. Przyjaciele  chodzący po górach trochę więcej niż ja mówili „nie idź w jeansach bez sensu!” ale nie doprecyzowywali dlaczego, a ponieważ mnie „nie bo nie” nie przekonuje to postanowiłam iść jednak w jeansach.  Moje kupione w promocji w sklepie sportowym spodnie górskie są idealne na jesień i zimę, ale w lecie już nie koniecznie. No to jeansy, pogoda ma być piękna, trochę burz i deszczu kilka dni przed planowanym wejściem ale na dzień wycieczki pogoda zapowiadała się super. Pozostała kwestia wybrania trasy. Każda z nas już różne opcje podejścia ma za sobą. Akademicka Perć kusi znowu,  ale żadna nie właziła szlakiem czerwonym prowadzącym od przełęczy Krowiarki, przez Sokolicę na sam szczyt Babiej Góry inaczej Diablaka, dlatego tym razem wybieramy właśnie ten. Łatwy lekki i przyjemny.. tak mówili.


Podczas pakowania się, przez jedną małą chwilę przemknęło mi przez myśl, żeby na wszelki wypadek zabrać dodatkowe spodnie, tak w razie deszczu, ale po namyśle jednak ich nie zabrałam.  Kanapki zrobione, woda jest. Ruszamy znowu we dwie kobitki,  porannym autobusem o nie do końca ulubionej godzinie jak na wolną sobotę.. czyli  o 0650. Ale to jedyny autobus, z Krakowa który podjeżdża pod nieco zapełniony już parking przełęczy Krowiarki. Większość busów  jednak jedzie  na Markowe Szczawiny, a stamtąd to my planujemy dopiero wracać.

Na miejscu  uiszczamy opłatę 5 zł za wejście do Babiogórskiego Parku Narodowego, oraz otrzymujemy informację wydrukowaną na kartkach, o tym jak się zachować w górach gdyby była burza. Na wszelki wypadek chowamy kartki do plecaków, chociaż patrząc na pogodę raczej nam się nie przydadzą tym razem.

 

Powoli idziemy do góry trochę kamiennymi, trochę drewnianymi schodami w miarę równym tempem. Niby łatwo, ale to jednak ponad dwugodzinne wchodzenia po różnej wielkości schodach daje nam solidnie w kość.  Mimo ogólnej radości, to jednak zmęczenie powoli nadciąga, robimy sobie dłuższy odpoczynek na kanapki dosłownie kilkanaście metrów przed platformą widokową  na Sokolicy, czyli na wysokości 1367 m,  na której i tak zostajemy przez chwilę, spotykając przy przy okazji dawno nie widzianych serdecznych znajomych.

 

 

Potem dalej spokojnie idziemy szlakiem czerwonym. Podejście tym szlakiem z przełęczy Krowiarki mimo, że jest najbardziej widokowe, to jednak jest dość męczące. Co jakiś czas przystajemy na chwilę, aby złapać oddech. Jedna dłuższa przerwa na kanapki nam w zupełności wystarcza, następną planujemy dopiero na szczycie.

Ludzi wchodzących i tych już schodzących  jest sporo, bo pogoda śliczna i słoneczna i ta góra ma w sobie takie coś, co ludzi przyciąga. Widząc już szczyt Diablaka, do którego zostało ok 200 może z 300 m nagle zaczyna być zimniej i zaczyna lekko padać, na tyle zimniej, że trzeba wyciągnąć polar i kurtkę i założyć czapkę bo zimno, ale tragedii nie ma.

 

Na szczycie Babiej jest cudownie, spokojnie i jak zwykle dość wietrznie. Czas na chwilę samotności każdej z nas, na popatrzenie z perspektywy tych 1725m na świat. Uwielbiam ten moment ciszy, spokoju i dumy, że jest się gdzieś wysoko.  Co ciekawe,  mimo zmęczenia, ale jednak całkiem dobrego tempa udało nam się być na szczycie góry nawet o kilka minut wcześniej, niż sugerowany czas 2h 20 minut, co daje nam nie ukrywam trochę satysfakcji, że nasza  kondycja coraz lepsza jest.

Zaczyna się robić coraz chłodniej więc po 15 minutach przemyśleń, pstrykania zdjęć i plotek o rzeczach ważnych i i innych idziemy w dół.  Tym razem wybieramy jednak  inną trasę, łażenie schodach w dół nas nie zachęca jakoś.  Dlatego jako trasę powrotną wybieramy czerwony szlak nadal, ale tym razem w kierunku schroniska Markowe Szczawiny. I potem tak po prostu zaczęło grzmieć i rozpoczęła się wielka zacinająca ulewa, prawie na samym szczycie! Nic przyjemnego, a nic nie zapowiadało tak nagłej zmiany.  Burza, grad i intensywna ulewa, wszystko w jednym, wszystko na lipcowej i słonecznej  Babiej Górze.

W soczewkach chodzę bardzo rzadko, ale tym razem bardzo żałowałam, że ich jednak nie założyłam. Przez moje mokre i zaparowane okulary nie widzę kompletnie nic, co więcej leje tak  intensywnie, że już po kilku minutach czuje jak w butach mam tylko chlupanie. Zapowiada się długie i trudne zejście ze szczytu.  Moje  mokre na wylot jeansy są ciężkie, nieprzyjemne i niewygodne. No tak to już właściwie chyba wiem, dlaczego jeansy w góry nie są dobrym pomysłem. Jedno nieuważne schylenie aby sznurówki zawiązać  i zimny deszcz z gradem wpada mi za spodnie… szlag by trafił.

Trochę zła na siebie, słysząc grzmoty z każdej strony schodzę w dól, na tyle powoli aby nie wyrżnąć na śliskich kamieniach, ale na tyle szybko aby dotrzeć do schroniska na Markowych, tam ogrzać się i osuszyć. W myślach klnąc, że jednak nie soczewki,  przeklinając też fakt, że spodnie w których byłabym sucha zostały jednak domu.  Gdzieś  czasami zerkam w dół na przepiękne widoki, ale wyciągnąć aparat  przy takiej ulewie jest bez sensu, więc  zamglone lekko obrazy cudnych, zielonych przestrzeni górskich zostają tylko w mojej pamięci.

Grzmi i leje przez  dobre 20 minut,  ludzie wokół idą szybko, niektórzy przeczekują.  Właściwie mokra na wylot jestem.  Ale trzeba iść dalej,  trudno. Na własne życzenie, za własne pieniądze, w dzień wolny co ja tu robię? We dwie spotykamy się już na przełęczy Brona, przyjaciółka ma na wylot mokra kurtkę, ale cudowny uśmiech,  a ja poza kurtką, która faktycznie została sucha,  mam na wylot mokre spodnie i buty.  Pogoda na Babiej zmienia się diametralnie w ciągu 15 może 20 minut, z burzy i solidnej ulewy przechodzi znowu w piękny i słoneczny dzień z odrobiną lekkiego już   deszczu, który po chwili zanika całkiem.  Kapryśność i zmienność Babiej Góry objawia nam się w całej okazałości.


Nasze myśli intensywnie krążą wobec tego, żeby zejść do schroniska i coś dobrego, zdecydowanie mocniejszego niż samą herbatę wypić.  Przez połowę mokrych rzeczy jest mi zimno, na dodatek  czuję, że moje przemoczone spodnie jeansowe długo będą na mnie wysychały jeszcze. Trudno, nauczka na przyszłość, że jeansy w góry to jest jednak głupi pomysł. Do schroniska na Markowych Szczawinach schodzimy już spokojnie, czerwonym szlakiem przez las, powoli schnąc i plotkując  po drodze.  Ta burza na Babiej Górze była  nagła, nie przyjemna i nie chciałabym jej znowu doświadczyć, a na pewno nie tam. Nic przyjemnego, kiedy grzmi z każdej strony a wokół pełno ludzi i żadnej możliwości schronienia się, no bo gdzie?

 

Ostatnie 20 minut schodzenia, po drodze  już jest dość słonecznie, więc nieco wyschłyśmy. W schronisku prawie wszystkie miejsca w środku i na zewnątrz są zajęte, pełno mokrych suszących się ubrań. Jedno zdecydowanie nie małe a duże  piwo, na stole rozłożona  mapa i nowe pomysły w głowach, gdzie by tu następnym razem wyruszyć, tak w minimum czasowym czyli znowu na jeden dzień. Odpoczywamy, plotkujemy,  siedzi się miło, ale czas płynie szybko i pora wracać.

Od schroniska schodzimy już szlakiem zielonym, gdzieś po drodze spotykamy jeszcze trochę schodów, ale raczej więcej błota. Widoki za to kiepskie bo całość tego odcinka prowadzi przez las.  Jeszcze  tylko chwila oczekiwania na busa i czas do domu.

 

 

burza na babiej Górze

Koszty  tego jednodniowego wypadu na Babia górę poniesione to zrobione w domu kanapki z tym, co znalazłam w lodowce czyli wędlina sałata i pomidor, plus wejście do parku i piwo w schronisku,oraz  bilet autobusowy w obie strony. I to wszystko w jeden dzień.  I radość, że wariant  wejścia chociaż raz  na Babią Górę w 2017 został zrealizowany, solidne ale pełne  szczęścia zmęczenie organizmu, oddech chwilowy od miasta i odreagowanie wszystkiego co potrzeba. Szlak czerwony na na Babią jest owszem prosty, żadnych korzeni, skał czy innych trudności ale jednak jest męczący. Dwa dni później po tym wejściu łydki bolą i nogi od tego łażenia  tak, że ledwo się ruszam, a w pracy się nabijają, że pewnie znowu po górach łaziłam. Ano łaziłam, wróciłam pełna szczęścia i naładowana energią, pomimo burzy, pomimo zimna i deszczu to jak zawsze warto było! Ale tak myślę, ze kolejne wejście na Babią Górę, jednak przez żółtym szlakiem, czyli przez Perć Akademików, który jest faktycznie miejscami trudniejszy, przez łańcuchy i klamry ale jednak zdecydowanie mniej męczący. Ale burza na Babiej Górze, to nie jest coś, co chciałam bym powtarzać.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *