Wroną po Stanach, recenzja absolutnie subiektywna

Stany Zjednoczone. Jeden z krajów, który nie tyle leży na liście konkretnych moich marzeń, jednak zawsze z opcją tzw. kiedyś. Kiedyś pojadę, kiedyś sobie uzbieram na taki wyjazd, kiedyś ten kraj zobaczę.  Moje serdeczne przyjaciółki od wielu lat tam mieszkające nieustannie mi powtarzają: weź przyjedź!

A ja oczywiście, klasycznie -tysiąc wymówek: nie, bo bardzo drogo, nie – bo daleko, nie – bo urlop na żaglach spędzam. On jest owszem rozciągliwy- ale nie aż tak.  Kieeeedyś tam pojadę.

I pewnie taka opcja kiedyś czytaj nigdy by została na zawsze, ale nieco przypadkiem wpadła mi w ręce książka, Wroną po Stanach, Marcina Wrony.

Plan był co prawda taki, że miałam nie kupować żadnej książki w tym miesiącu, ale klasycznie nie wyszło.

Autor –  Marcin Wrona– krakowianin, radiowiec, dziennikarz, a od wielu lat korespondent telewizji TVN w USA, gdzie przecież podobno pojechał tylko na chwilę.  Poznał ten kraj chyba z każdej strony, odwiedzając czterdzieści dziewięć, z wszystkich pięćdziesięciu Stanów.

Wroną po Stanach, to nie jest przewodnik, w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Autor zabiera nas w niesamowitą, pełną humoru i atrakcji różnych podróż przez wybrane przez siebie i młode Wrony zupełnie subiektywnie Stany.  Zaczynam poznawać ten daleki kraj na Florydzie, przez wyspowe Hawaje, zgrabnie przenosząc się do ulic Nowego Jorku i Kalifornii, przez DMV, Flyover country i Nową Anglię, kończąc podróż na Południu.

Opisuje je wszystkie lekkim piórem, z niesamowitą pasją, wiedzą i swoim poczuciem humoru. Niby tylko osiem z pięćdziesięciu. A jednak lektura strona po stronie wciąga bez reszty, szczególnie kogoś, kto tak jak ja, nie był nigdy w Stanach, a które gdzieś w małych marzeniach mają swoje miejsce. Co jest siłą i wyjątkowości tej lektury? Również i to, że wybrane miejsca poznajemy nie tylko oczami trójki autorów, ale też z perspektywy mieszkańców tych rejonów od wielu lat. Z kim? A to już trzeba przeczytać.

Poznajemy nie tylko zdarzenia znane, ale z innej perspektywy, czy mniej znane miejsca, do których warto zajrzeć, mimo, że nie piszą o nich w przewodnikach.

Poznajemy też szereg ciekawostek i zaskoczeń. Takie Honolulu np.  Niby raj na ziemi, a organizują festiwal mielonki. Tak. Mielonki. Dla mnie, człowieka, który na obozach i rejsach żeglarskich mielonkę na 100 sposobów potrafi przyrządzić,  to nie jest to mój ulubiony produkt. A tu Floryda. Piękna, bogata i w tym wszystkim mielonka. 

Książka jest wyjątkowa, nie tylko dlatego, że pisana jest z trzech, czasami bardzo różnych perspektyw. Dorosłego i dzieci.

Co mnie w niej urzekło? To, że nie jest cukierkowa, opowiadająca o tylko cudowności tego kontynentu, ale nie omijane są trudności, które można napotkać. Oczami Wron wnikamy w kulturę, zwyczaje i kuchnię. Zdarzają się i takie rejony Stanów, które można owszem zobaczyć, nawet dwa razy, pierwszy i ostatni. Ujęła mnie realność, miejscami do bólu.

Wśród ośmiu wybranych przez Wrony Stanów- poznajemy m.in wyspowe Hawaje, w których autor jest zakochany i mam wrażenie, że gdyby nie ograniczona objętość wydawnicza, to zakładam, że właśnie im poświęciłby całą książkę, opowiadając o zwyczajach tubylczych,  zabierając nas w jeszcze nie znane zakątki czy oddając się smakołykom kuchni hawajskiej. Urzekły mnie jednak nie wyspy, bo tam mnie jednak nie ciągnie jakoś szczególnie, ale szczera opinia Mai- która w wolnym przekładzie brzmi, że wyspy są owszem fajne, ale w cholerę drogie.

Opowiadania i spacery po poszczególnych zakątkach Stanów, przeplatane są nie tylko anegdotami i wspomnieniami Marcina, Mai i Janka. Jako perfekcyjny reporter, Marcin Wrona nie boi się wspomnieć nie tylko o faktach związanych z danym miejscem, ale czasami o własnych błędach. W zabraniu nas w swoją podróż po Stanach nie unika też trudnych tematów politycznych, różnic kulturowych czy dość brutalnie rozwiewa wątpliwości finansowe, dotyczące taniego wypadu do Stanów.

Ku mojej radości, autorzy nie starają się nas przeorać przez wszystkie możliwe muzea napotkane w tej podróży, wybierając z nich tylko te, których zwiedzanie nie jest obowiązkiem, a przyjemnością, zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci.

Czytając, właściwie nie sposób się co chwila nie uśmiechać, choćby wyobrażając sobie autora na sankach śmigającego spod Kapitolu. Cieszy mnie, że sporą część książki zajmują kulinaria, wraz z przepisami, w końcu podróżowanie, to poznawanie innych kuchni, innych przyzwyczajeń i smaków kulinarnych, nie zawsze zgodnych z naszym podniebieniem.

Subiektywnie muszę przyznać, że absolutnie zakochałam się w takiej koncepcji pokazywania amerykańskiego świata, bez nadęcia, bez obowiązkowości.  Absolutnie po swojemu, swoimi ścieżkami, zupełnie subiektywnie i z humorem.

Nie będę ściemniać, Wroną po Stanach to książka warta wydane  pieniądze, dla chwili marzeń, dla odskoczni o zupełnie innym kontynencie, o którym jak się okazuje zupełnie mało wiem. Tak ważna odskocznia, szczególnie w tym od miesięcy trudnym, pandemicznym okresie, gdzie o wszelkich podróżach mogę sobie tylko pomarzyć.

Nie ukrywam, czekam niecierpliwie na kolejne części podróżowania po Stanach z Wronami, ze swojej strony dodam, ze szczególnym uwzględnieniem Alaski.

Reasumując, po cudownej lekturze Wroną po Stanach co prawda czuję lekki niedosyt, że te 320 stron to jednak za mało, jak taką podróż po Stanach, ale nie zawiodłam się sięgając po nią.

Absolutnie warto przeczytać i warto mieć.

 

Dodaj komentarz